Kochane siostry, kochani bracia,
jest dla mnie prawdziwą radością, że mogłam się dziś tutaj znaleźć, aby mówić, a raczej rozmawiać, z tak wyborowym gronem członków znanego i cenionego Ruchu „Swiat-lo-Zycie". Jest to radość szczególna ze względu na oddźwięk, jaki budzi w mojej duszy rzeczywistość bardzo podobna do tej, którą i ja żyję. Jest to też radość specjalna, ponieważ Ojciec Święty Jan Paweł II, po niezapomnianej wigilii Zesłania Ducha Świętego roku 1998 na placu św. Piotra, pragnie, aby Ruchy Kościelne poznały się i żyły między sobą w komunii duchowej. Z takim właśnie nastawieniem chcę wyjść naprzeciw pragnieniu, wyrażonemu przez moderatora, ks. Henryka Bolczyka, aby podarować Wam — jeśli może to być przydatne — „moje świadectwo o tym, jak można budować jedność" i „w jaki sposób charyzmat jedności, typowy dla Ruchu Focolari, zrealizował się w jego historii". Jedność! Jedność jest wielkim zamysłem Boga wobec ludzkości, wobec całej ludzkości i każdej jej części. Ta jedność — jak wszyscy wiemy — stała się możliwa dzięki Jezusowi, a posiadamy ją poprzez sakrament chrztu i wiarę w to, co Bóg nam proponuje. Przez chrzest iwiarę dokonuje się bowiem osobiste zjednoczenie każdego człowieka z Bogiem, zjednoczenie wszystkich w Nim i wszystkich pomiędzy sobą. Chrzest i wiara czynią każdego z nas „drugim Chrystusem", a wszystkich nas razem — Jego Mistycznym Ciałem. Wystarczyłoby zatem radvk=lrj£ żyć naszym życiem chrześcijańskie a zapanowałaby jedność. Jednak Duch Święty, zauważając pewne trudności, jakie czasem istnieją w n-rzeczywistnianiu jedności, pomvśłal — jak się wydaje — aby ludziona, żyjącym w tych naszych cz podarować charyzmat — char\ jedności. Zesłał On go bowi wpewnym punkcie Mistycznego Ciała Chrystusa, wpewnym zakątku ziemi, ale — jak wszystkie charyzmaty — dla dobra wszYst-crr Charyzmat jedności ma sm storię, w ciągu której zaowomwj przede wszystkim powstanierr. Szachu, jakby nowego bukłaka, zawierającego w sobie nowe wino, by mogło upajać wszystkich, którzy z nim się spotkają. Ten charyzmat jedności, będącej najwyższym wyrazem Ewangelii Jezusa, który przed swoja śmiercią modlił się do Ojca: „Ojcze, aby wszyscy stanowili jedno" (por. J 17,21), prosząc właśnie o jedność — ten charyzmat zadziałał w taki sposób. Był rok 1944, czas drugiej wojny światowej. Bombardowania Trydentu w północnych Włoszech trwały nieprzerwanie, a w ich wyniku ulegały unicestwieniu te rzeczy, czy te osoby, które w jakimś sensie stanowiły nasz ideał, ideał grupy dziewcząt pełnych zapału i życia — takich, jak wielu z was tu obecnych. Jedna z nas kochała dom, ale dom został zniszczony. Druga przygotowywała się do małżeństwa, ale narzeczony nie wrócił z frontu. Moim ideałem były studia, filozofia, ale wojna uniemożliwiła mi uczęszczanie na uniwersytet. Lekcja, której Bóg nam udzielał przez te okoliczności, była jasna: wszystko przemija, wszystko to marność nad marnościami. Jednocześnie Bóg budził w moim sercu, wspólne nam wszystkim pytanie: Ale czy jest taki ideał, który nie ginie, którego nie zniszczy żadna bomba, któremu warto poświęcić się całkowicie?" I natychmiast przyszła odpowiedź: „Tak, jest, to Bóg". Jakby w błyskawicznym olśnieniu zrozumiałyśmy, kim On jest — Bóg jest Miłością. Postanawiamy uczynić Go celem naszego życia. Od tej chwili poczułyśmy się ogarnięte Jego miłością. Także przedtem wiedziałyśmy, że On istnieje — byłyśmy dobrymi chrześcijankami, chodziłyśmy do Kościoła, ale uważałyśmy, tak jak wielu, że On, choć najdoskonalszy, wszechwiedzący, wszechmocny, jak się uczyłyśmy, jest raczej daleki i niedostępny. Wiedziałyśmy, że On z miłości stał się człowiekiem, ale nie miałyśmy z Nim głębokiego kontaktu. Teraz wszystko się zmieniało. Jakby nagle otworzyły się nam oczy i ujrzałyśmy, że Bóg, będąc Miłością, był blisko nas, towarzyszył każdemu naszemu krokowi, był obecny wkażdej sytuacji naszego życia, ra- dosnej czy smutnej, wiedział o nas wszystko. I uderzyły nas słowa Jezusa: „U was nawet włosy na głowie wszystkie są policzone" (Łk 12,7). To ponowne — jeśli tak można powiedzieć — objawienie się Boga wstrząsnęło nami, przyniosło, pomimo grozy wojny, tak niezwykłą radość, tak głęboko wyryło się w naszej duszy, że mogłyśmy powiedzieć: „My wierzymy miłości". Wkrótce zrodziło się w nas nowe pytanie. Jeśli Bóg jest Miłością, to jaka winna być nasza postawa wobec Niego? Jak móc powiedzieć, że On jest rzeczywiście Ideałem naszego życia? Światło przyniosło nam pewne zdanie Jezusa: „Nie każdy, który Mi mówi: Tanie, Panie!' wejdzie do królestwa niebieskiego, lecz ten, kto spełnia wolę mojego Ojca" (Mt 7,21). Dlatego powinnyśmy Go kochać, wypełniając Jego wolę. I uczyłyśmy się dobrze żyć tą wolą w każdej chwili obecnej naszego życia. Ale jak rozpoznać wolę Boga? Nasi krewni opuścili miasto, a my znalazłyśmy schronienie w małym mieszkaniu. Bomby padały w dzień i w nocy, zmuszając nas do uciekania do schronu nawet jedenaście razy na dobę. Biegłyśmy tam szybko za każdym razem, gdy słychać było syreny alarmu, a nie mogłyśmy zabrać ze sobą niczego, jedynie małą książkę: Ewangelię. W niej — byłyśmy pewne — mogły śmy znaleźć wolę Boga, wymagania Jezusa, Jego nakazy. Otwierałyśmy ją i działa się niezwykła rzecz: słowa, które słyszałyśmy tyle razy, rozświetlały się, jakby zapalało się pod nimi jakieś światło. Czy był to owoc charyzmatu? Pojmowałyśmy te słowa, a jakaś siła — sądzimy, że pochodząca również od Ducha Świętego — skłaniała nas do wprowadzania ich w czyn. Widzicie? Także dla nas: światło i życie. Czytałyśmy: „Miłuj swego bliźniego, jak siebie samego" (Mt 19,19). Bliźni. Gdzie był ten bliźni? Był tu, obok nas, w tej staruszce, która za każdym razem, posuwając się z trudem, docierała wreszcie do schronu. Trzeba było jej pomóc, podtrzymać. Był tutaj, w tym pięciorgu przestraszonych dzieci, stłoczonych wokół matki. Trzeba było je wziąć na ręce i odprowadzić do domu. Bliźni był tutaj, w tym unieruchomionym w domu chorym. Trzeba było zdobyć lekarstwa, opiekować się nim. Czytałyśmy: „Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci Moich najmniejszych, Mnieście uczynili" (por. Mt 25,40). Ludzie wokół nas z powodu tragicznych wydarzeń byli głodni, spragnieni, byli ranni, nie mieli ubrania, domu. Gotowałyśmy więc ogromne garnki zupy, którą im zanosiłyśmy, widząc w nich Jezusa. Ewangelia zapewniała: „Proście; a otrzymacie" (J 16,24) lub też „Proście, a będzie wam dane" (Mt Łk 11,9). Prosiłyśmy dla biednvch i za każdym razem dom napełnia; się wszelkimi darami Bożymi: chlebem, mlekiem w proszku, marmoladą, drzewem na opał, odzieżą..., które zanosiłyśmy potrzebującym. Słowo mówiło: „Proście, a będzie wam dane". A teraz opowiem Wam pewne zdarzenie, które było pierwsze. Opowiadam je zawsze, bo ono powtó rzyło się potem wiele razy na całym świecie. Powtórzyło się ono nawet nie tysiące, ale miliony razy. Pewnego dnia jakiś biedny prosi mnie o parę butów numer 42. Trudno było je znaleźć w czasie wojny i to jeszcze numer 42! W kościele kieruję do Jezusa taką modlitwę: „Daj mi parę butów numer 42, dla Ciebie w tym biednym". Przy wyjściu z kościoła pewna kobieta podaje mi paczkę. Otwieram ją: w środku była para butów numer 42. „Dajcie, a będzie wam dane" (Łk 6,38) przeczytałyśmy pewnego dnia w Ewangelii. Dawałyśmy. W domu było tylko jedno jabłko. Dałyśmy je biednemu. I jeszcze tego samego ranka otrzymałyśmy torbę jabłek, a gdy także ją podarowałyśmy ubogim, zjawiła się cała waliza jabłek. Jezus dotrzymywał tego, co kiedyś przyobiecał. A więc Ewangelia spełniała się, była prawdziwa. To stwierdzenie uskrzydlało nas w podjętej drodze. Pełne zadziwienia opowiadałyśmy innym o tym, co się wydarzało każdego dnia. A ci, którzy się z nami stykali, pozostawali nie tyle pod wrażeniem naszych osób czy spotkania z nowopowstającym Ruchem; czuli, że spotkali Jezusa, czuli, że Jezus żyje także dziś. Dlatego wiele osób zapragnęło doświadczyć tego samego i pójść za Nim. Pewne zdanie Ewangelii poruszyło nas szczególnie: „Kto was słucha, Mnie słucha" (Łk 10,16). Zatem, kto słucha biskupa, słucha Jezusa. Aby wprowadzić je w czyn, udałyśmy się do naszego biskupa i przedstawiłyśmy to, co się zaczynało rodzić. Byłyśmy gotowe wszystko zniszczyć, gdyby tylko tego sobie życzył. Przez biskupa przemawia Bóg! Nasz ks. arcybiskup Carlo de Ferrari wysłuchał nas, uśmiechnął się i powiedział: „W tym jest palec Boży", a ta aprobata i błogosławieństwo towarzyszyło nam aż do jego śmierci. W podobny sposób postąpiliśmy, gdy Kościół w Rzymie badał, a następnie zaaprobował nasz Ruch. Poruszały nas wszystkie słowa Jezusa i wszystkie starałyśmy się wprowadzać w życie. Także teraz, na całym świecie, każdego miesiąca bierze się jedno słowo, objaśnia, wprowadza w życie, po to, abyśmy stale się reewangelizowali. Wkrótce też Duch Święty zaczął podkreślać szczególnie te słowa, które dotyczyły miłości bliźniego. Była to miłość, która według Ewangelii powinna być skierowana do wszystkich. Ewangelia mówi, że Ojciec Niebieski zsyła deszcz i słońce na wszystkich: złych i dobrych. Była to miłość, która zawsze podejmowała inicjatywę: powinniśmy zaczynać kochać jako pierwsi, tak jak uczynił wobec nas Jezus. Była to miłość która wymagała, aby kochać bliźniego jak siebie samego, by konkretnie „stawać się jedno" z bliźnim i widzieć w nim Jezusa. Staraliśmy się wprowadzić w życie wszystkie te rzeczy. Tymczasem szalała wojna, niepowstrzymana, niebezpieczna, groźna. Naprawdę każdego dnia można było stracić życie. „Czy jest taka wola Boga — zapytałyśmy się pewnego dnia — na której zależy Mu szczególnie? Właśnie ją chciałybyśmy wypełnić, zanim umrzemy". Przeczytałyśmy w Ewangelii: „To jest moje przykazanie, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem. Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich" (J 15,12 -13). To przykazanie Jezus nazwał „swoim" i „nowym". Tego nam było trzeba! Jest to naprawdę szczególne przykazanie. Stało się dla nas w tym momencie jasne, że powinnyśmy kochać nie tylko wszystkich potrzebujących, ale powinnyśmy zwrócić także uwagę na siebie nawzajem. Kochać się tak, jak nakazał Jezus: kochać miłością, która sprawia, iż jesteśmy zdolni oddać za siebie życie. Żyłyśmy zdecydowanie tym nowym przykazaniem, co więcej, przypieczętowałyśmy to paktem, który wciąż odnawiamy i uważamy za kamień węgielny naszego Ruchu. Powiedziałyśmy sobie nawzajem: „Ja jestem gotowa umrzeć za ciebie", „ja za ciebie", „ja za ciebie". Każda z nas za każdą. Od tego momentu nasze życie się zmieniło. Nastąpił w nim skok jakościowy, bo odczułyśmy nowy pokój, nową radość, nową siłę, żarliwe pragnienie, by czynić dobrze, wypełniło nas nowe światło.
| Co się wówczas stało? Aktem tym wyzwoliłyśmy miłość wzajemną, która zjednoczyła nas tak, jak pragnął tego Jezus. On bowiem powiedział: „Gdzie są dwaj albo trzej zebrani w imię moje (w mojej miłości, jak mówią Ojcowie Kościoła) tam jestem pośród nich" (Mt 18,20). Tak więc Jezus stanął pośród nas. A to, co nowe, piękne, pełne światła i zdecydowanej woli — wszystko to, co spostrzegałyśmy w naszym sercu — było skutkiem Jego obecności. Był tu. Naturalnie, nie zawsze potrafiłyśmy tak żyć. Niekiedy nasze braki, nawet niewielkie, przyćmiewały blask tej jedności. Nie poddawałyśmy się jednak. Ewangelia mogła nas nauczyć, jak sprostać również takim chwilom. Stało się to przede wszystkim dzięki pewnemu odkryciu. W niektórych okolicznościach, przewidzianych — jak sądzimy — przez Boga, zrozumiałyśmy, że Jezus przeżył największe cierpienie, kiedy, doświadczając opuszczenia przez Ojca, wołał na krzyżu: „Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił?" (Mt 27,46). To Jego cierpienie poruszyło nas do głębi. A nasz młody wiek, entuzjazm, a zwłaszcza łaska Boża, skłoniły nas, pierwsze fokolariny, by pójść w naszym życiu właśnie za Jezusem w Jego opuszczeniu. Odtąd wszędzie odkrywałyśmy Jego oblicze: w naszych cierpieniach, w cierpieniach bliźnich — samotnych, tak jak Jezus był sam na krzyżu; opuszczonych jak On; zepchniętych na margines —jak On; zdradzonych — On też się takim wydawał; zawiedzionych... Zobaczyliśmy Jego oblicze w naj-różniejszych nieporozumieniach, istniejących w naszych rodzinach, w braku jedności, w braku jedności miedzy pokoleniami, pomiędzy grupami, w podziałach między Kościołami, we wzajemnej obojętności wyznawców różnych religii, w przepaści między wierzącymi a niewierzącymi. Ukochaliśmy te Jego różne oblicza. I nawet jeśli był opuszczony, to czyniąc tak jak On, gdy powiedział: „W Twoje ręce powierzam ducha mojego" (Łk 23,46), staraliśmy się z Jego pomocą — na ile to było możliwe — zaradzić w tych różnych sytuacjach podziałów i braku jedności. Żyć i stale na nowo starać się o miłość wzajemną — to było i ciągle jest naszym pierwszym zadaniem. — mieć Jezusa między nami! Dzięki miłości wzajemnej, która rodzi obecność Jezusa między nami, byłyśmy gotowe urzeczywistniać jedność, o którą prosił Jezus: „Aby wszyscy stanowili jedno, jak Ja i Ty" (por. J 17,21). Aby ją jednak zrealizować, nie wystarczają — jak się przekonaliśmy — jedynie nasze ludzkie wysiłki. Obecność Jezusa między nami jest bowiem — jak mówią uczeni— obecnością mistyczną. I jak mówi pewien wielki teolog — w przyszłym wieku, w trzecim tysiącleciu, Kościół i chrześcijaństwo będzie żyć tylko wówczas, jeśli my, chrześcijanie, będziemy mistykami. A ponieważ jest to obecność mistyczna, potrzebuje nie tylko jedności, wkładu naszej ascezy — czyli miłości wzajemnej — ale też interwencji Boga. Przecież Jezus modlił się o jedność. To przez Eucharystię otrzymujemy łaskę jedności, o którą prosił Jezus w swojej modlitwie do Ojca. Nie przypadkiem ustanowił Eucharystię tuż przed modlitwą o jedność. Myślimy, że właśnie dlatego od samego początku Ktoś — sądzimy, że to Duch Święty — skłaniał nas do przyjmowania Eucharystii, nawet codziennie, bo wiedział, że była ona nam niezbędna! Jak już powiedziałam, naturalnie nie zawsze, zwłaszcza na początku, żyliśmy w ten sposób, nawet w naszym fokolare. Czasami nie było między nami Jezusa. I wtedy było tak, jakby w naszej duszy zaszło słońce. Nie było już radości, zapału. Pamiętam, że pewnego dnia moje towarzyszki poszły do pracy, choć nie odbudowałyśmy do końca jedności. Może chodziło o jakąś małą rysę, ale nie czułyśmy już obecności Jezusa między nami. Ja zostałam z wielkim bólem w sercu sama w domu, by przygotować obiad dla wszystkich. Wchodząc na strych po drewno na opał zobaczyłam moje książki, które tam wyniosłam, aby towarzyszyć rodzącemu się Ruchowi; książki, które bardzo kochałam, i na ich zakurzone okładki spadły mi dwie łzy. Przestałam bowiem rozumieć, dlaczego wszystko porzuciłam. Bez jedności moje życie straciło sens. Zabrałam więc drewno na opał i zeszłam na dół, aby czekać na moje przyjaciółki. Kiedy tylko wróciły, natychmiast powiedziałam: „Dziś rano nie poszło nam dobrze; powinnyśmy kochać się radykalnie, gotowe jedna za drugą oddać życie. Zacznijmy na nowo, zacznijmy na nowo!" Tak uczyniłyśmy i Jezus powrócił między nas. A razem z Nim światło i wszystko odzyskało sens. Bo trzeba naprawdę umrzeć, aby kochać się dobrze, jak Jezus tego pragnie. To nie znaczy umierać przelewając krew. Aby kochać się dobrze trzeba umierać zawsze, w tym sensie, że trzeba stracić wszystko, być pustym wobec naszych braci. Stracić naprawdę wszystko. Być niczym, aby wejść w braci, aby zrozumieć brata, aby myśleć jak on. Miłość wzajemna wymaga zawsze śmierci, w przeciwnym razie jest złudzeniem. Także teraz jest ona u podstaw naszego Ruchu. Jeśli rozwinął on się tak bardzo — jesteśmy w cały świecie, w 182 krajach, jest nas ok. 5 milionów osób — to dlatego, że Jezus nas poprowadził, On jest i był między nami. Na ile mieliśmy Jezusa wśród nas, na tyle Ruch rozwinął się w świecie. Św. Piotr mówi: „Przede wszystkim miejcie wytrwałą miłość jedni ku drugim" (por. 1 P4,8). Przed pójściem na Mszę Św., przed odmawianiem modlitw, przed jedzeniem, przed studiowaniem, przed jakąkolwiek rzeczą, nawet tą najbardziej wzniosłą, przedtem powinniśmy mieć Jezusa pośród nas, kochać się nawzajem! Na samym początku naszych Statutów Ogólnych jest zapis: „Wzajemna i trwała miłość, która umożliwia jedność i przynosi obecność Jezusa we wspólnocie stanowi dla członków Ruchu Focolari podstawę ich życia w każdej dziedzinie". Zatem, jeszcze przed działaniem apostolskim trzeba zapewnie się o o-becności Jezusa wśród nas, bo jeśli Go nie ma, to co możemy robić? Nic. Jest jeszcze zapis: „Jezus pośród nas jest normą wszystkich norm — podstawą wszystkich innych reguł". Staraliśmy się więc zawsze żyć jednością między nami. Jest to nasza „idee fixe". To ona, wraz z najściślejszą jednością z hierarchią Kościoła, stanowi powód znacznego rozprzestrzenienia się Ruchu w świecie. Utrzymywaliśmy jedność i nadal ją utrzymujemy we wszystkich mniejszych i większych strukturach, na których opiera się Ruch — w fo-kolare męskich, żeńskich i kapłańskich, w grupach wolontariuszy, zakonników i zakonnic, w grupach genów — naszej zaangażowanej młodzieży, nastolatków, dzieci. Utrzymujemy jedność wewnątrz 18 gałęzi Ruchu, między strefami terytorialnymi, w miasteczkach Dzieła i w jego Centrum. To Jezus pośród nas powinien nam przewodzić! Budujemy jedność w różnych przejawach życia Ruchu — podczas kursów formacyjnych, dłuższych i krótszych spotkań, Mariapoli. Po pierwsze i przede wszystkim utrzymujemy ją między sobą nawzajem. Pracujemy także, by zatryumfowała ona między różnymi grupami w Kościele, między parafiami, a obecnie — zwłaszcza od święta Zesłania Ducha Świętego 1998 — pomiędzy Ruchami i wspólnotami kościelnymi. Jedność ta promieniuje równocześnie w świat wokół nas. „Aby stanowili jedno" — mówi Jezus — „aby świat uwierzył" (por. J 17,21). I świat wierzy. Dzięki rozwojowi, który określono mianem prawdziwej „eksplozji", będącej skutkiem jedności, to znaczy dzięki obecności Jezusa pomiędzy nami, Ruch w ciągu pierwszych 15 lat przekroczył granice wszystkich krajów europejskich, znalazł się także za żelazną kurtyną. Po roku 1958 dotarł na wszystkie kontynenty i teraz jest obecny wszędzie. Rok 1960 wyznaczył pewien etap w życiu naszego Ruchu: rozpoczęło się przenikanie jego ducha pomiędzy braci chrześcijan niekatolików. Obecnie do Ruchu należą członkowie około 300 Kościołów, a dzięki temu duchowi czujemy, że — w pewien sposób —już jesteśmy jednym ludem chrześcijańskim. Zamysł Boga wobec naszego Ruchu nie zatrzymał się jednak na tym. W roku 1977 byłam w Londynie, gdzie przemawiałam wobec licznie zebranej publiczności, wśród której można było zauważyć także żydów, muzułmanów, buddystów, hindusów, sikhów. Miałam wówczas pewność szczególnej obecności Boga, oświecającego nas wszystkich jak słońce. Skłoniło mnie to do nawiązania kontaktu także z wyznawcami religii niechrześcijańskich. I tak rozpoczął się nasz dialog miłości, życia i modlitwy, poczynając od dialogu z żydami i muzułmanami, ze względu na łączącą nas wiarę w jednego Boga. A ponieważ Ruch rozszerzał się na całym świecie, taką postawę przyjęliśmy w każdym miejscu Ziemi, uświadamiając sobie, że tam, gdzie istnieje jakaś synagoga, meczet, czy świątynia, tam jest nasze miejsce. I proszą nas dzisiaj, abyśmy mówili w meczetach, synagogach, w świątyniach buddyjskich i są zachwyceni naszym chrześcijańskim doświadczeniem. Opowiadamy im to, co mówię teraz wam i to im się podoba. Tak Jezus toruje sobie drogę. Jesteśmy bowiem przekonani, że jesteśmy powołani, by razem z Kościołem budować jedność wśród chrześcijan, ale dla powszechnego braterstwa z wyznawcami innych religii, opierając się przede wszystkim na tych zasadach, tych wartościach, na tych „zalążkach Słowa", które mają także wyznawcy innych religii. Są to zasady prawdy, zalążki Słowa, a Słowo jest nasze, bo to jest Syn. Odkryliśmy na przykład, że wszystkie religie proponują miłość bliźniego. Być może nazywają ją współczuciem, życzliwością... Zauważyliśmy, że wspólna jest tak zwana „złota reguła", znaleźliśmy ją we wszystkich ważniejszych religiach. A jest ona typowo chrześcijańska: „Czyń innym to, co chciałbyś, aby tobie czyniono" (por. Mt 7,12). Praktycznie: kochaj. Nie zaniedbaliśmy równocześnie ludzi innych kultur. Są zadowoleni, gdy ich tak nazywamy. Wielu ludzi niewierzących, jednak dobrej woli — jest ich około 100 tysięcy w naszym Ruchu — angażuje się z nami w obronie wspólnych wartości, takich jak: solidarność, pokój, prawa człowieka, wolność... Byłoby jeszcze bardzo wiele do powiedzenia, szczególnie w rzeczach najbardziej aktualnych — są to tak zwane „wylania Ducha Świętego". Widzimy, że ten duch, to jest Chrystus, Ewangelia przenika do świata w różnych formach, na różne swe sposoby. Przenika na przykład do polityki, ekonomii, sztuki, kultury, wnika do medycyny, psychologii, pedagogiki... wszędzie. Jest to „wylanie" Ewangelii w świat. Jednak na zakończenie mojego wystąpienia chciałabym podkreślić przede wszystkim jedność i jej źródło, którym jest Jezus ukrzyżowany i opuszczony. Wiele osób poświęciło temu swoje życie. Niewątpliwie ukazał się On po raz pierwszy w naszym Dziele, ale zaczyna być powszechnie rozpoznawany jako lekarstwo na uzdrowienie wszelkich braków jedności świata. Wiemy, ile różnych form braku jedności dręczy dziś naszą planetę: wojny, ludobójstwo, czystki etniczne niszczące całe narody i rodzące rzesze uchodźców, nędza, głód, choroby, zacofanie gospodarcze. Wiemy, że brak jedności dotyka nie tylko rozległych dziedzin życia, ale i naszych małych światów — krajów, pokoleń, małżeństw, partii, różnych grup, ruchów... Świat wszędzie woła o jedność. Co mamy zatem czynić? Powinniśmy mieć Jezusa pośród nas. Jeśli On potrafił z tym wołaniem odbudować — w wielkim wymiarze — jedność rodzaju ludzkiego z Bogiem i jedność ludzi między sobą, to bez wątpienia jest zdolny poprzez nasze serca odbudować ją wszędzie tam, gdzie jest to konieczne. Skoro patrzymy na Niego, będziemy zjednoczeni i to jest właśnie tajemnica, lub też jedna z tajemnic tej nowej wiosny, której spodziewa się Ko ściół, sekret tej oczekiwanej kultury miłości. Na tym bym zakończyła. Dziękuję bardzo za uwagę, za ciszę, za uczestnictwo. Jestem naprawdę szczęśliwa, że mogłam być wśród was. Mamy nadzieję, że, choć tego nie wiemy, Jezus był wśród nas. Był z pewnością, bo jesteśmy zjednoczeni w Jego imię. Był z pewnością!
|