||
Fundacja DRACHMA
dawanie siebie promieniowanie duchowość zdrowie piękno i
harmonia
mądrość przenikanie

Artykuł pochodzi z dwumiesięcznika "nowe miasto" nr 6 (42) listopad - grudzień 2000

Nie ma śmierci, jest życie

Marek Tragiel
Korzystając z pierwszego dnia wakacji, dwudziestego szóstego czerwca, ks. Marek Targiel pojechał do Piekar Śl. odwiedzić swojego przyszłego proboszcza, ponieważ po wakacjach miał przenieść się do bazyliki piekarskiej. Wieczorem odprawił Mszę św. w swojej parafii, a potem, jak co tydzień, pojechał do Cieszyna, do swojego kolegi ks. Mirosława Szewieczka. I kiedy wracał, tuż po godzinie dwudziestej trzeciej w Mikołowie jego samochód zderzył się czołowo z ciężarówką jadącą od strony Katowic. Jego śmierć była zaskoczeniem dla wszystkich. Nagle zabrakło jego serca, humoru, pogody ducha, ciepła. Dopiero wtedy uświadomiliśmy sobie, jak potrafił słuchać, jak głęboką i maryjną był postacią.
Ks. Andrzej Cuber jako jeden z pierwszych otrzymuje wiadomość o śmierci ks. Marka — Pamiętam telefon jego mamy we wczesnych godzinach rannych, w którym poinformowała mnie właśnie, że Marek nie żyje. Z sprawdzenia, bo niedowierzałem, poszedłem do jego pokoju - rzeczywiście, przez całą noc pokój był pusty, o czym nie wiedziałem, mimo że spałem piętro wyżej. Dla ks. Andrzeja jest to wielki wstrząs. Jednak w tej śmierci doświadcza obecności Jezusa, dlatego nie popada w melancholię, ale ze spokojem i nadzieją opowiada mi o tych wydarzeniach — Wierzę w miłość Jezusa do Marka. Często powtarzaliśmy sobie patrząc głęboko w oczy, że jesteśmy gotowi oddać jeden za drugiego swoje życie. W momencie śmierci Marka uświadomiłem sobie, że to naprawdę funkcjonuje, to naprawdę jest mocne i prawdziwe.
Ks. Eugeniusza Krasonia, proboszcza parafii pw. Najświętszych Imion Jezusa i Maryi Brynowie, gdzie ks. Marek wikariuszem, wiadomość o j śmierci zastaje na wakacjach Wyjechałem w tenże sam działek 26 czerwca wraz z ma innymi kapłanami w I na drugi dzień rano otrzymałem wiadomość. Nie mogłem się pogodzić z tym, że Bóg chciałby tej śmierci. Marek miał 33 lata, dopiero, co w lutym skończył studium pedagogiczne w Warszawie, przywiózł dyplom, cieszył się nim, pokazywał nam wszystkim. Widziałem, że jest przygotowany do tego, aby móc jeszcze wiele zrobić. I czy ta śmierć mogła być wolą Bożą? W takich okolicznościach? W takim miejscu? Tak nagła, tak niespodziewana?
Ks. Eugeniusz Krasoń poznał ks. Marka w 1986 roku, kiedy prowadził rekolekcje oazowe trzeciego stopnia w Kalwarii Zebrzydowskiej — Przedstawił mi się bardzo
radosny maturzysta i wyjaśnił mi swoją wielką Marek Targiel życiową decyzję o wstąpieniu do seminarium. I właściwie tam rozpoczęła się nasza przyjaźń, nasze głębokie koleżeńskie więzy współpracy. Przez wszystkie lata jego studiów mieliśmy ciepły i serdeczny kontakt. Ks. Marek odznaczał się taką niezwykłą pogodą ducha, był bardzo radosny, miał takie radosne, pełne pokoju oczy. I serdeczny uśmiech. I swoiste poczucie humoru
Podczas studiów w seminarium ks. Marek po raz pierwszy styka się z Ruchem Focolari. Ich opiekun kursowy, ks. Piotr Libera, wspomina go jako młodzieńca pogodnego, otwartego, zdolnego, gotowego służyć bliźnim i na serio traktującego Pana Boga.
Jego związek z Ruchem Focolari nie jest wtedy może taki ścisły, bardziej związany jest z Ruchem Oazowym. Później, już jako ksiądz, wiernie uczestniczy w spotkaniach i aby pogłębić życie duchowością jedności otrzymuje propozycję wyjazdu do szkoły kapłańskiej do Loppiano. I rzeczywiście, przygotowuje się do tego wyjazdu całym sercem.
W trakcie tych miesięcy zostaje wezwany do arcybiskupa Damiana Zimonia, który proponuje mu wyjazd na studia. Ks. Marek odpowiada, że myślał już o wyjeździe do szkoły kapłańskiej. Zdecyduj, albo jedno, albo drugie
— odpowiada arcybiskup. Widać było zdanie się na opinię innych — mówi ks. Eugeniusz
— Marek przyjechał do mnie, rozważaliśmy te propozycje. Mówiliśmy o korzyściach i studiów i wyjazdu do szkoły kapłańskiej. Zdecydował wtedy, że jednak ten pierwszy wybór w pewien sposób go obliguje, że chce jechać do szkoły, jeśli nawet łączy się to z rezygnacją ze studiów.
Widoczna jest jego autentyczna troska o życie duchowe, o to, co w życiu najważniejsze — szukać Królestwa Bożego, a wszystko inne będzie przydane.
Po powrocie z Włoch czuje się powołany, aby wszędzie tam, gdzie Bóg go posyła, w struktury Kościoła, wnosić ducha jedności, wspólnoty.
Ks. Marek służy nie tylko Ruchowi Focolari. Z wielkim poświęceniem angażuje się też w Ruchu Światło-Życie. Staje się rejonowym moderatorem Oazy.
Już od czasów kleryckich zaangażował się w wielką inicjatywę Gaude Festu — nowej formy ewangelizacji poprzez muzykę, piosenkę, świadectwo życia, film. Właściwie od samego początku był odpowiedzialny za służbę porządkową i za całe zaplecze. Nie występował na scenie, nie był oklaskiwany, potrafił jednak służyć tak jak Maryja, pozostawać w tle. Mimo, że potem nie widać go było przy mikrofonie, jednak zawsze wnosił istotny i ważny wkład. Jaką cierpliwością się wykazywał, ile czarnej, często niewdzięcznej roboty musiał wykonać, wie chyba tylko Ten, któremu służył we wszystkich ludziach.
Niedługo po śmierci ks. Marka odbył się kolejny Gaude Fest. Choć tym razem naprawdę go nie było widać, to jednak teraz bardziej niż do tej pory wszyscy odczuli jego obecność.

Postawa maryjna ks. Marka daje się zauważyć również w szkole, w której uczy. Zawsze ma cierpliwość i serce dla młodzieży, nigdy nie podnosi głosu. W czasie pełnionych dyżurów na korytarzu często otoczony bywa grupką uczniów — przyciąga ich do siebie ciepłem i wyrozumiałością, ale też dowcipem i humorem. Dla wszystkich nauczycieli jest dobrym kolegą. Wielu z nas prowadziło z nim długie rozmowy — opowiadają nauczyciele ze Szkoły Podstawowej nr 65 w Katowicach — Znany był z daru słuchania, umiał poradzić w trudnych sytuacjach życiowych.
Chętnie spotyka się z innymi nauczycielami poza szkołą, np. w kinie. Potrafi też wsiąść do samochodu, żeby pojechać z nimi nawet na lody do Ustronia, czy na pizzę do Krakowa po to, by ich wysłuchać, porozmawiać o ich problemach. Zawsze gotowy jest do pomocy — Naprawdę, nie pamiętam takiej sytuacji, w której on powiedziałby: nie pójdę, nie zastąpię, nie mogę — dopowiada jeden z nauczycieli.
Krystyna Kajdan, redagująca gazetkę, parafialną tak wspomina to trudne i budujące zarazem doświadczenie Roku Jubileuszowego: — 27 czerwca rano, jak zwykle w drodze do pracy, wstąpiłam do naszej świątyni na Mszę św. W najśmielszych oczekiwaniach nie
przypuszczałam, że będzie to Eucharystia, której nigdy w życiu nie zapomnę. Na wstępie ks. Andrzej łamiącym się głosem oznajmił, że w nocy ks. Marek zginął tragiczną śmiercią. Czułam, że nie może się z tym pogodzić... Wiadomość ta z trudem docierała też do wiernych obecnych wtedy w kościele. Pamiętam łzy pani Zosi prowadzącej gospodarstwo domowe naszych księży. Wszak ks. Marka traktowała jak syna. W takiej atmosferze ogromnego bólu i totalnego zaskoczenia ks. Andrzej kontynuował Mszę św. Najważniejsze, że nie był już sam z tą wiadomością. Mimo woli przypomniałam sobie słowa piosenki o cierpieniu zespołu Gen Rosso i w myśli dedykowałam je ks. Andrzejowi. W jedności z nim wyszłam przeczytać dość długie w tym dniu czytanie z drugiej Księgi Królewskiej. Gdy stanęłam przy ambonie nagle uświadomiłam sobie, że właśnie w tym miejscu poprzedniego dnia wieczorem ks. MarekMarek Targiel Świadectwo odprawiał swoją ostatnią Mszę św. „Jego Msza — nasza Msza...' Trudno opisać, co działo się wtedy w moim sercu, ale w tych kilku sekundach uprzytomniłam sobie, że przecież ks. Marek żył dla Jezusa, a teraz osiągnął już swój cel. Należy się, więc cieszy i jego radością! I zupełnie spokojnie przeczytałam wspomniane Słowo Boże.
Dokładnie pamiętam też Ewangelię z tego dnia: „ (...) Jakże ciasna jest brama i wąska droga, która prowadzi do życia, a mało jest takich, którzy ją znajdują." Słowa te pomogły mi uwierzyć, że ks. Marek na tej ostatniej drodze z Cieszyna do Katowic znalazł życie! W rejonie Mikołowa droga ta była może zbyt wąska, by wyminąć nadjeżdżającego „T.I.R.-a", ale wystarczająca, by spotkać Jezusa, który jest Drogą, Prawdą i Życiem! Mówił o tym Jezus w swej mowie pożegnalnej, a teraz swoim nagłym odejściem przypomniał nam ks. Marek. Był wspaniałym kapłanem, choć wielu parafian dopiero odkryło jego wielkość, gdy go zabrakło. Dzięki temu żyje w naszych sercach, w naszej wdzięcznej pamięci. Wierzymy, że teraz wspiera naszą Rodzinę Parafialną z Wysoka i uczestniczy we wszystkich ważnych wydarzeniach „u Jezusa i Maryi" nie tylko w Niebieskim Mariapoli, ale i tu, na ziemi. Z kolorowej fotografii, którą można spotkać w wielu brynowskich domach patrzy na nas swoim ciepłym, pogodnym wzrokiem i przypomina: „Nie ma śmierci, jest życie". Jego czteroletnia praca duszpasterska w naszej parafii wciąż przynosi owoce i kolejne nawrócenia, a Słowo Życia „Czuwajcie więc i módlcie się w każdym czasie" przemawia do każdego z nas w szczególny sposób...
Ks. Marek pomógł mi ujawnić i nazwać pragnienie, które nieśmiało rodziło się w moim sercu od czasu ostatniego pobytu Chiary Lubich w Polsce. Pragnę tak jak on wnosić w świat ducha jedności, ducha wspólnoty wypełniając Wolę Bożą każdego dnia. Nie ma bowiem w naszym życiu takiego stanu i takiej sytuacji, — nawet w obliczu cierpienia i śmierci — w które Chrystus nie mógłby wstąpić i ogrzać swoją miłością! Potrzebne są tylko: wiara w Jego przemieniającą moc oraz ręce, umysły, wola i serca ludzi wrażliwych na potrzeby bliźnich. Takim w naszej pamięci i modlitwie na zawsze pozostanie ks. Marek Targiel.
Wydawać się mogło, że jeszcze tyle mógł zrobić dla innych, dla Kościoła, dla Ruchu Focolari.
Niespodziewanie Bóg powołuje go w najlepszym dla niego momencie, jak do ks. Eugeniusza pisze w telegramie Chiara Lubich. Jego pokój i pogoda ducha w ostatnim czasie są tego potwierdzeniem. Chwila o 23:10 — dodaje ks. Eugeniusz — była dla Marka najważniejszym momentem jego życia. Wszystkie jego wybory Jezusa przez kapłaństwo, przez Ruch Focolari, przez Ruch Oazowy, wszystko było przygotowaniem do tej godziny spotkania z Jezusem. Wszystkie chwile, w których powiedział: „Panie Jezu, dla Ciebie, bo Tyś jest moim wszystkim", tu się w sposób szczytowy spełniły. Marek spotkał tam Jezusa, dla którego żył, tam spotkał Maryję, którą naśladował. Dla niego było to spotkanie pełne radości. To tajemnica, ale wierzę, że tak należy też na tę śmierć patrzeć. Bóg zabrał go w najlepszym dla niego momencie.

 

Marcin Zygmunt

 

 

home| logo| aktualności| Forum| galerie| projekty| linki| kontakt