||
Fundacja DRACHMA
dawanie siebie promieniowanie duchowość zdrowie piękno i
harmonia
mądrość przenikanie

Artykuł pochodzi z dwumiesięcznika "nowe miasto" nr 5 (41) wrzesień - październik 2000

Ewangelizacja w Cieszynie

Razem

głosić

Ewangelię



Ekumenizm kojarzy się nam zwykle z kontaktami teologów, ważnymi spotkaniami i uroczystymi wydarzeniami. Często jednak nie zdajemy sobie sprawy z tego, że tuż obok żyje wielu ludzi innego wyznania, z którymi również my powinniśmy nawiązywać dialog. Z księdzem Mirosławem Szewieczkiem, wikariuszem z Parafii pw. Marii Magdaleny w Cieszynie oraz Dagmarą Górniak ze wspólnoty ewangelickiej, o ich wspólnych działaniach ekumenicznych rozmawia Marek Łata.

 

Ks. Mirosław — Dagmara jest ze wspólnoty ewangelickiej i brała udział w spektaklu „Widziałam Pana". To jest spektakl, który robiliśmy razem w Cieszynie. Było to niesłychanym ewenementem, a zarazem czymś, co dało nam wiele radości, ponieważ mogliśmy się poznać. Poznałem tam między innymi księdza Alfreda Borskiego, duszpasterza młodzieży w parafii ewangelickiej.

— Czy mógłby Ksiądz opowiedzieć coś o tym spektaklu?

Ks. Mirosław — Wymyśliliśmy spektakl światła, dźwięku, muzyki i pantomimy, opracowany przez nasze dwie wspólnoty — mniej więcej jedną połowę stanowili katolicy, drugą — ewangelicy, bo tak właśnie jest w Cieszynie. Byliśmy z tym przedstawieniem na tournee we Włoszech. Spektakl opowiadał o życiu Marii Magdaleny, a oparty był na pantomimie, lecz znalazły się w nim również teksty, recytowane przez narratorkę, która wyrażała przeżycia duchowe tytułowej bohaterki. Pochodziły one z rekolekcji José Prado Flore-sa, a Maksymilian, jeden z członków naszego zespołu, zaadaptował je na użytek naszego spektaklu.

— W jaki sposób narodziły się te kontakty ekumeniczne?

Ks. Mirosław — Otóż spotkaliśmy się pewnego dnia i pomyśleliśmy o zrobieniu spektaklu, a ponieważ parafia katolicka, w k-tórej pracuję, jest pod wezwaniem Marii Magdaleny, doszliśmy do wniosku, że chcemy zrobić przedstawienie o życiu właśnie tej świętej. Coraz bardziej zapalaliśmy do tego pomysłu, snując pierwsze wizje naszej sztuki. Zaraz jednak pomyśleliśmy, że nie chcemy robić tego sami; bardzo nam zależało, żeby nawiązać kontakt ze wspólnotą ewangelicką. Mój tato był ewangelikiem i to mnie chyba tak bardzo motywowało do tego. Spotkałem się najpierw osobiście z księdzem Alfredem z parafii ewangelickiej i on bardzo pozytywnie odniósł się do naszej propozycji, chciał tylko najpierw skonsultować się z młodymi ze swojej wspólnoty. Zaraz potem zorganizował spotkanie w swojej parafii, gdzie katolicy siedzieli po jednej stronie „barykady", a ewangelicy — po drugiej. Opowiedzieliśmy im o naszym pomyśle, posłuchaliśmy muzyki, przedstawiliśmy naszą wizję. Jak się okazało, spodobało im się to bardzo i odtąd zaczęliśmy już razem przygotowywać spektakl. Nie było więcej sytuacji, w których jedni siedzieli po lewej stronie, a drudzy po prawej, odtąd zawsze byliśmy razem.

Prowadziliście również inne formy parateatralne. Co to było konkretnie?

Ks. Mirosław — Była to ewangelizacja. Nazwaliśmy ją: „Święto Radości. Ewangelizacja — Cieszyn 2000". Chcieliśmy po prostu ewangelizować, zaprosić ludzi, którzy głosiliby Słowo Boże, dawali świadectwa swojego życia. Całość przeplatana była muzyką zespołów chrześcijańskich, które w tekstach swoich piosenek mają treści ewangelizacyjne. Przy tej okazji również my, może po raz pierwszy razem, daliśmy nasze świadectwo — opowiadaliśmy o spektaklu, który półtora roku wcześniej wspólnie wystawialiśmy. (...)

Wracając jeszcze do waszej grupy teatralnej, jak to wszystko wyglądało od strony ewangelików?

Dagmara — Ja akurat nie byłam w to zaangażowana od samego początku, ale przy naszej parafii działa grupa pantomimy, do której również należałam i ksiądz Alfred wystąpił do nas z propozycją wspólnego przedstawienia. Szef naszej grupy, Artur, człowiek bardzo otwarty i bez uprzedzeń, powiedział, że bardzo chętnie możemy się spotkać, pogadać, a potem zobaczymy. Nie byłam na tym pierwszym spotkaniu, ale później, kiedy do nich dołączyłam, to właśnie rozpoczął się etap prób, ćwiczeń, przygotowywania różnych scen, dogrywania muzyki... Wszystko potoczyło się spokojnym torem — byliśmy skupieni na tym, co mamy robić, co mamy przygotować.

Ks. Mirosław — Nie odczuwaliście nas jako intruzów?

Dagmara — Nie, nie, absolutnie.

Wspominał Ksiądz, że jego ojciec był ewangelikiem, a mama katoliczką. Czy właśnie to pomogło Księdzu inaczej spojrzeć na kontakty pomiędzy ewangelikami a katolikami?

Ks. Mirosław — Raczej nigdy nie miałem w tych kontaktach specjalnych zahamowań. Tak się czasem zasłaniam, że jest mi łatwiej, bo mój tato był ewangelikiem, ale ostatnio się zastanawiałem i doszedłem do wniosku, że tak naprawdę mój brak uprzedzeń nie zależy od tego, że w moich żyłach płynie „ewangelicka krew". Wynika po prostu stąd, że ta sprawa jest dla mnie ważna. Szczególnie mocno odczułem to w Loppiano, kiedy mogłem spojrzeć na wszystkie sprawy w zupełnie nowy sposób, choć myślę, że siedziało to już we mnie dużo wcześniej. (...) Oczywiście to, co poznaje się przez duchowość focolari, jeszcze bardziej otwiera człowiekowi oczy i serce na to, by dążyć do jedności, bo ona stanowi ostateczny cel, w którym i tak wszyscy będziemy musieli się spotkać.

Czym dla ciebie jest uczestnictwo w takim spektaklu? Dlaczego bierzesz w nim udział? Kochasz teatr, lubisz występować na scenie, czy może z jakiegoś jeszcze innego powodu?

Dagmara — Robię to dlatego, że kocham Jezusa. Najważniejszą wartością w życiu jest dla mnie Bóg i to, co robiliśmy, było dla mnie głoszeniem Ewangelii, akurat w taki a nie inny sposób. Wierzę, że Bóg każdego powołuje do jakiejś pracy, jakiejś służby i myślę, że każdy sposób można wykorzystać do tego, żeby opowiadać ludziom o Bogu, głosić Ewangelię. Ten spektakl był dla mnie przede wszystkim właśnie taką forma głoszenia Ewangelii. Dlatego cieszę się, że brałam w tym udział.

Ks. Mirosław wspomniał o duchowości jedności i o całym bagażu doświadczeń, które niesie ona ze sobą w kontaktach ekumenicznych. Na ile wpłynęła ona na waszą działalność?

Dagmara — Z Ruchem Focolari zetknęliśmy się, gdy byliśmy we Włoszech, w Loppiano. Tam poznaliśmy bliżej tę duchowość, ksiądz Mirosław opowiadał nam wtedy o Chiarze Lubich. To doświadczenie w pewien sposób pozwoliło mi zburzyć schematy, które miałam wpojone na temat katolików, miało również wpływ na moje otwarcie się na ludzi z innej wspólnoty, nauczenia się wspólnej pracy, wspólnego działania, szukania tego, co łączy, a nie tego, co dzieli, że wszyscy jesteśmy dziećmi Bożymi, a nie katolikami, czy ewangelikami.

I to właśnie odkryłaś dzięki wspólnej pracy przy spektaklu?

Dagmara — Jeśli się czegoś nie zna, to często buduje się swój światopogląd w oparciu o różne pogłoski i nieścisłe informacje. Ja też miałam w głowie schematy, że katolicy są tacy, wierzą tak, ja się nie zgadzam z tym i tym, i to wszystko. Im bardziej jednak poznawałam tych ludzi, tym mocniej uświadamiałam sobie, że takie myślenie jest naprawdę bardzo zaściankowe, schematyczne i że to wcale nie jest tak. Pozwoliło mi to zmienić sposób myślenia, moje nastawienie do nich, dostrzec, że niekoniecznie to, co ja uznaje za słuszne, jest słuszne. Nauczyłam się również tego, że tak naprawdę zna i wie o nas wszystko tylko Bóg. Dlatego staram się patrzeć z Jego perspektywy na innych ludzi i na to, jacy są.

 

— W czym tkwi tajemnica sukcesu, powodzenia przedsięwzięcia tak nietypowego, w którym młodzież ewangelicka i katolicka robi coś wspólnie w imię Jezusa, by głosić Ewangelię?
Ks. Mirosław — Sekret tkwi w pragnieniu. Tylko w pragnieniu. Ja nigdy nie zdawałem sobie z tego sprawy, że jedna moja myśl — aby pójść i zapytać młodych ewangelików, czy nie zechcieliby zrobić czegoś z nami — może przynieść takie owoce. To wszystko jest tajemnicą, która dopiero się odkrywa, gdy wewangelizacja w cieszynie nią wchodzimy. Nawet, jeśli człowiek jest grzeszny, to gdy przeprasza, wtedy Pan Bóg otwiera przed nim nieskończone przestrzenie, pokazuje innych ludzi, pozwala spotkać wspólnotę, uczyć się, bo wtedy człowiek jest otwarty, chłonny. To właśnie chcę najbardziej kultywować w sobie. Ale tajemnica tkwi w pragnieniu, by iść dalej do przodu, aby być takim niespokojnym duchem, bo jeszcze coś nie zostało zrobione, bo tu jest przestrzeń, która jeszcze nie została zagospodarowana, bo tu są jeszcze ludzie, którzy są smutni. (...) Myślę, że w mojej pracy duchowość jedności przekłada się na bardzo zwyczajne, codzienne, konkretne rzeczy i sprawy. Chcę tym ludziom dać radość, szczęście. Oczywiście teraz mówimy o rzeczach podniosłych, pięknych, ale wszystko zawsze podbudowane jest cierpieniem — Jezusem Opuszczonym. Czasami sam o Nim zapominam i kiedy mnie coś „przyciśnie", wtedy uświadamiam sobie, że przecież to jest właśnie Jezus Opuszczony i Ukrzyżowany.

— Czy zdarzały się jakieś trudne chwile w waszych wzajemnych kontaktach? Czy odczuwacie to, że jesteście dwiema odrębnymi grupami?

— Dagmara — Ja nie odczuwałam niczego takiego.

— Ks. Mirosław — Miałem jeden taki trudny moment, kiedy pewnego razu w katolickim kościele poproszono nas, żebyśmy koniecznie zaśpiewali „Czarną Madonnę". Wprawdzie umówiliśmy się z księdzem Alfredem, że będziemy starali się dbać o to, by nie zakłócać wzajemnych relacji, ale wszyscy bardzo nas prosili, więc spontanicznie zaśpiewaliśmy. Wieczorem ksiądz Alfred powiedział mi, że nie chciałby, aby takie sytuacje zdarzały się w przyszłości. Miałem wtedy okazję powiedzieć, jak ja rozumiem obecność Maryi w moim życiu. Myślę, że rozumiemy ją dosyć podobnie, tylko, że w pewnym momencie akcenty położyliśmy w innych punktach i dlatego nasze stanowiska są rozbieżne. Powiedziałem wtedy księdzu Alfredowi, że dla mnie Maryja jest kimś, kto bierze mnie za rękę i prowadzi zawsze do Jezusa, dlatego nie może zrobić niczego złego ani mnie, ani mojemu życiu. Na tym się skończyła wtedy nasza rozmowa. Ale to był moment, w którym nie było mi łatwo, choć nic się nie zmieniło w naszych wzajemnych relacjach. Był to właściwie pewien spór dogmatyczny, teologiczny.

— W jaki sposób postrzega was środowisko ewangelickie?

Dagmara — Nie znam opinii wszystkich, ale myślę, że zawsze znajdą się tacy, którzy powiedzą: „bez przesady, z kim oni się zadają!" Przy okazji wyjazdu do Włoch byliśmy też na audiencji u Papieża i kogoś to bardzo oburzyło. Do księdza Alfreda kierowano nawet protesty w tej sprawie.

Ks. Mirosław — Na ostatniej stronie gazety ewangelickiej, którą redaguje ksiądz Alfred, ukazały się kolorowe zdjęcia z tego, jak wspólnie witamy się z Papieżem. To właśnie było dla niektórych oburzające. Ale również wśród niektórych katolików dzieje się tak samo, pojawia się podobnie zaściankowe myślenie.

Dagmara — Wszystko zależy od konkretnych osób; jedni uważają, że robimy coś złego, inni znowu, że powinniśmy to kontynuować.

— Czy wasze kontakty i działania ekumeniczne przyniosły jakieś konkretne owoce w szerszym środowisku tych dwóch cieszyńskich społeczności — katolickiej i ewangelickiej?

Ks. Mirosław — W szerszym ujęciu całego miasta na pewno teraz wszystkie inicjatywy państwo-wo-lokalne dążą ku temu, żeby to, co powstaje, miało zdecydowanie ekumeniczny charakter. Nawet dostaliśmy od organizacji, działającej przy Ministerstwie Edukacji Narodowej, pewne fundusze na nasz wyjazd do Włoch. Głównym powodem ich przyznania był fakt, że wyjazd ten miał ekumeniczny charakter, wiążący wspólnoty, dążący ku pojednaniu, jedności. (...)

— Występowaliście też w Polsce...

Ks. Mirosław — Tak, okazjonalnie zapraszali nas księża ewangeliccy i katoliccy z różnych parafii, byliśmy na przykład w Bielsku, Ustroniu, Warszawie, Świętochłowicach, Wambierzycach...

— A we Włoszech? Jak byliście odbierani?

Ks. Mirosław — Włosi na pewno widzieli przedstawienia dużo lepiej zrobione pod względem artystycznym — u nas przecież grają sami amatorzy, oczywiście poza tymi, którzy występują w pantomimie w kościele ewangelickim. Jednak klimat naszego spektaklu pozwala stworzyć pewien nastrój, w którym człowiek faktycznie wchodzi w rzeczywistość tajemnicy. Pieśni, muzyka — to daje dużo do myślenia. I, oczywiście, fakt, że modlimy się przed każdym spektaklem, na pewnoewangelizacja w cieszynie pozostawia wydźwięk w grze aktorów, w ich zachowaniu. Kiedy ma się pragnienie, żeby oglądający nas ludzie dobrze odebrali spektakl i powierza się tę sprawę Panu Bogu, wówczas On pokazuje konkretne ścieżki. (...) Dlatego to ma taki wydźwięk.

— Gdzie występowaliście?

Ks. Mirosław — W kościołach. Raz się tylko zdarzyło, że graliśmy w specjalnej sali. Ale nasz wyjazd w ogóle nie byłby możliwy, gdyby nie fakt, że goszczący nas księża należą do Ruchu Focolari. To oni właśnie nas zaprosili, (...) nawiązaliśmy wiele przyjaźni z tymi ludźmi, to w ogóle było niesamowite.

Parafie, które was zaprosiły i gościły, były parafiami katolickimi?

Ks. Mirosław — Tak. Ale oglądał nas też jeden z pastorów ewangelickich, który przyjechał spotkać się z księdzem Alfredem. Poznaliśmy też cudowne miejsca, zwłaszcza Loppiano, na czym szczególnie mi zależało. Teraz już wiem, że mój udział nie polega na tym, żebym wszczepił im tę duchowość „pod skórę". Kiedyś było dla mnie bardzo ważne, żeby tę duchowość przekazać młodym. Ale nasze strzały często trafiają w pustkę, trzeba poddać się działaniu Boga, działać bezinteresownie, bez pragnienia przeciągnięcia człowieka do swojej wspólnoty. Po prostu kochać, a on sam przyjdzie.

 

                — Dziękuję za rozmowę.

 

home| logo| aktualności| Forum| galerie| projekty| linki| kontakt